(NIE)Bezpieczny Telefon w sieci ORANGE
Witam Wszystkich !
Chciałbym opowiedzieć moją historię z usługą Bezpieczny Telefon w sieci Orange. Oto link dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi:
http://www.orange.pl/portal/map/map/…TPAID_SERVICES
Moja historia zaczyna się dnia 11.05.08r. (niedziela), kiedy to skradziono mi telefon (SE K800i). Jak to się stało pominę, gdyż nie jest to istotne dla tej opowieści. Pominę też to, jak zachowuje się Policja gdy ktoś próbuje zgłosić kradzież telefonu w niedzielę. No ale do rzeczy…
Po tym jak przeszły mi nerwy związane z tym, że straciłem telefon, przypomniałem sobie, że przecież w/w telefon miałem ubezpieczony. Sprawdziłem w Internecie jakie są warunki usługi Bezpieczny Telefon i przystąpiłem do działania. Najprościej było w salonie Orange. W poniedziałek rano bez kłopotu zgłosiłem kradzież telefonu, zablokowałem starą kartę SIM i wyrobiłem sobie duplikat. Z Policją nie było już tak łatwo ale w końcu po ciężkich bólach (i przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów pomiędzy dwoma komisariatami) udało mi się zgłosić kradzież we wtorek 13.05.08r. W środę wysłałem komplet dokumentów, czyli kopię umowy z Orange, zaświadczenie z Policji oraz wypełniony druk zgłoszenia szkody w programie Bezpieczny Telefon do firmy MARSH SERVICES Sp. z O.O., która realizuje w/w usługę dla sieci Orange.
http://www.marsh.pl/o/mssz/index.php
Dla pewności zadzwoniłem jeszcze do salonu Orange z pytaniem ile czasu trwa procedura przyznania nowego telefonu. Pani odpowiedziała, że maksymalnie trwa ona dwa tygodnie i podała mi ogólnopolski numer programu Bezpieczny Telefon - 501-030-030, tak na wszelki wypadek….
Minęły dwa tygodnie i zacząłem się niecierpliwić, gdyż ze strony firmy Marsh Services zero kontaktu. Zacząłem dzwonić na w/w numer ale za każdym razem ta sama automatyczna odpowiedź: PROSZĘ CZEKAĆ NA ZGŁOSZENIE SIĘ KONSULTANTA. Pisałem też do nich maile ale oczywiście bez odpowiedzi. Mniej więcej po miesiącu nie wytrzymałem i poszedłem do salonu Orange wyjaśnić sprawę. Oczywiście nie udało się dodzwonić do Marsh Services ale pani spytała się czy mam zablokowany numer IMEI w skradzionym telefonie. Jako, że nie miałem od razu to zrobiłem…
Po kilku wizytach w salonie Orange udało się w końcu skontaktować z Marsh Services, lecz nie pod numerem 501-030-030 ale pod zupełnie innym, który mieli pracownicy Orange (22)456-42-50. Pani stwierdziła ze zdziwieniem, że nie wie o co mi w ogóle chodzi, bo przecież KILKA DNI WCZEŚNIEJ wysłali do mnie pismo z prośbą o zablokowanie numeru IMEI. Jest to ciekawe o tyle, że pismo dostałem dnia 10.07.2008r. z datą nadania 09.07.2008r !! !!
Czyli ściema na maxa, pierwsza ale niestety nie ostatnia. Zagotowałem się jak to przeczytałem i po raz kolejny telefon do Marsh Services z pytaniem o co właściwie chodzi i na jakim etapie jest moja sprawa. Okazało się, że drugi aparat został mi przyznany i lada dzień powinienem dostać kolejne pismo, tym razem z decyzją. Pismo dostałem dnia 17.07.2008r.
Akurat byłem wtedy na urlopie ale jak wróciłem od razu wpłaciłem 49PLN z nadzieją, że w końcu dostanę telefon (20.07.2008).
Nic bardziej mylnego. Na początku sierpnia zmęczony już całą sytuacją zacząłem codziennie nawiedzać salon Orange chcąc jak najszybciej załatwić sprawę. Ci dzwonili do Marsh, a oni z kolei tłumaczyli się, że nie mają zaksięgowanej wpłaty. Poszedłem więc na Pocztę aby sprawdzić, czy to czasem nie ich wina ale okazało się, że pieniądze zostały przekazane na w/w konto jeszcze tego samego dnia. I znowu telefony do Marsh, przesłałem nawet faksem potwierdzenie wpłaty a pani wymyśliła, że w takim razie oni mi wyślą ten telefon a wpłatę znajdą w swoim systemie. Mijały kolejne dni a telefonu jak nie było tak nie było. Kolejna wizyta w Orange i rozmowa z kierownikiem salonu zaowocowała kolejną śmieszną sytuacją…
Udało mu się dodzwonić do Marsh Services i nawet streścić moją sprawę pani Dorocie Filipczak (kierownik). Pani Filipczak stwierdziła, że sprawdzi jak się sprawy mają i poprosiła o telefon za dziesięć minut. Po tym czasie okazało się, że telefon odebrał już inny pracownik, który zabił nas tekstem, mówiąc, że PANI FILIPCZAK W OGÓLE NIE BYŁO DZISIAJ W PRACY
Mijały kolejne dni, kolejne telefony do Marsh Services i kolejne puste obietnice z ich strony. Ze śmieszniejszych wymienię może jedną: Dostałem numer listu przewozowego i zapewnienie, że telefon już do mnie jedzie kurierem DPD. No więc od razu zadzwoniłem do DPD gdzie zaklinali się, że o przesyłce o tym numerze nic nie wiedzą. Po dwóch dniach dowiedziałem się w Marsh Services, że telefonu nie wysłali, gdyż NIE MIELI TAKIEGO MODELU W MEDIA MARKT !! !! !!
W końcu dnia 26.08.2008r. po niemalże trzech i pół miesiąca pojawił się kurier DPD z upragnionym telefonem. Akurat byłem w pracy więc nie mogłem odebrać go osobiście a kiedy wróciłem do domu okazało się, że telefon owszem jest ale…. NIE DZIAŁA !! !!
Znowu wizyta w Orange, znowu telefony do Marsh Services i znowu zapewnienia o szybkim załatwieniu sprawy. Stanęło na tym, że mieli przysłać mi jak najszybciej telefon SE K810i, gdyż tylko taki mieli W MAGAZYNIE a ten uszkodzony miałem oddać kurierowi jako przesyłkę zwrotną…
Działający telefon otrzymałem ostatecznie 09.09.2008r. czyli po prawie czterech miesiącach od daty zgłoszenia szkody. Postanowiłem sobie, że tym razem ja ich trochę przetrzymam i nie oddałem kurierowi uszkodzonego telefonu. Po kilku dniach zaczęli do mnie dzwonić i pisać maile na temat zwrotu tego telefonu. Zacząłem sobie z nich żartować, że skoro oni mnie przetrzymali tyle czasu to ja im ten telefon wyślę na Gwiazdkę i wtedy będziemy kwita Ale ostatecznie wysłałem im ten uszkodzony telefon dzisiaj, oczywiście na koszt Marsh Services i to po najwyższych kosztach jakie tylko ma w swoim cenniku Poczta Polska…. Wygląda to mniej więcej tak:
Być może po prostu wysłałbym im ten telefon po normalnych kosztach ale w ostatniej rozmowie telefonicznej pani z Marsh Services stwierdziła, że tylko i wyłącznie z mojej winy tyle czekałem. I się zagotowałem…
W Marsh oczywiście tego telefonu nie odebrali ale nie to było moim celem. Wrócił od z powrotem do mnie i miałem zapłacić za niego podwójnie a to dlatego, że przebył trasę w obie strony. Podpisałem więc na Poczcie papier, w którym zrzekam się wszelkich praw do tej przesyłki i trafiła ona do Urzędu Przesyłek Niedoręczalnych w Koluszkach.
A z najnowszych informacji mogę wymienić chociażby to, że przed Świętami Bożego Narodzenia (2008) zadzwoniła pani z Marsh z PROŚBĄ, czy nie mógłbym im tego telefonu przysłać bo im się stan magazynowy nie zgadza i zaproponowała w ramach rekompensaty bony. Nie przyjąłem ich oferty i poinformowałem panią, że zrzekłem się praw do tej paczki i niech sobie próbują ją odzyskać na Poczcie…
Pozdrawiam wszystkich, którzy mają ubezpieczony telefon w Orange. Dbajcie o nie….
Komentarze do wpisu “(NIE)Bezpieczny Telefon w sieci ORANGE”
Napisz komentarz
Musisz być zalogowany aby skomentować wpis.









to co dzieje się w polsce przekracza ludzkie pojęcie, np w niemczech sprawa zostałaby wyjaśniona po najwyżej tygodniu…
Jak Ty to zrobiłeś, że naliczyli Ci 14o zł za paczkę?
Gratuluję pomysłowości
Brawo! Świetne rozwiązanie z tą przesyłką. Może pomyślą sobie w końcu, że kij ma dwa końce - i też mogą po plecach dostać.
Martyna - przede wszystkim była to przesyłka Pocztexem NA DZIŚ, odpowiednio ubezpieczona i z kilkoma rodzajami potwierdzeń odbioru - czyli po prostu wszystko na max. A do tego żeby było drożej włożyłem do środka paczkę chusteczek higienicznych, bo akurat do następnego (droższego) przedziału cenowego brakowało 5 gramów
Wiem, że to wredne ale nie ja zacząłem walenie w CH…A !!
Sorry za mały offtop, ale można tak na Pocztexie wysłać paczkę na koszt właściciela i oni nie zadają żadnych pytań? Nie dzwonią wcześniej do odbiorcy z zapytaniem czy się zgadza, ani nic?
Heh jakbym byl w kraju to bym sobie skoczyl na aukcje w tym urzedzie bo mieszkam w Koluszkach
Co jakis czas robia tam aukcje rzeczy niedoreczonych i mozna fajne okazje taniutko wyrwac.
Pozdrawiam.
Tylko Pocztexu BEZPOŚREDNIEGO nie można wysłać na koszt odbiorcy. Wszystkie inne jak najbardziej da radę
Nie, no padłem… nie dość, że załatwianie obliczone na zniechęcenie klienta to jeszcze do tego dochodzi niekompetencja… Brawo za załatwienie, dopięcie swego i … cudną zemstę ;D
Masaqra, ja miałem ostatnio stłuczkę nie z mojej winy. Sprawca był ubezpieczony w MTU. Co prawda wypłacili odszkodowanie po 30 dniach ale jakieś grosze, gdyby nie znajomy lakiernik to musiałbym dopłacić do tej naprawy. Pozdrawiam i życzę jak najmniej do czynienia z ubezpieczalniami.